Co wynika z Narodowej Strategii Bezpieczeństwa USA? tekst Prof. Tomasz Grzegorz Grosse
Trochę teorii
Klasyczna myśli geopolityczna zyskuje na znaczeniu. Dlatego warto przywołać Halforda Mackindera (1861-1947) i jego koncepcję Heartlandu, czyli Euroazji. Brytyjski uczony uważał, że dominacja nad tym obszarem zapewnia władzę nad całym światem, a więc hegemonię. Jednocześnie wskazywał na potrzebę powstrzymywania mocarstw kontynentalnych (czyli lądowych) dążących do takiej dominacji. W czasach Mackindera dotyczyło to przede wszystkim Niemiec, a następnie Rosji (wówczas Związku Radzieckiego). Sposobem osiągania równowagi było więc ograniczanie imperialnych zapędów tych dwóch potęg. Mackinder proponował m.in., aby zbudować silny bufor między Rosją a Niemcami w Europie Środkowo-Wschodniej. Koncepcja Międzymorza była więc odpowiedzią na imperializm niemiecki (przyczyna I i II wojny światowej) oraz imperializm Moskwy (przyczyna Zimnej Wojny, a następnie agresji Federacji Rosyjskiej na Gruzję w 2008 roku i Ukrainę w 2014 roku). Innym sposobem ochrony przed imperializmem tych dwóch potęg jest fragmentacja, czyli podział obu państw. W przypadku Niemiec został on wprowadzony po II wojnie światowej – na część zachodnią (RFN) oraz wschodnią (NRD). Z kolei fragmentacja Związku Radzieckiego nastąpiła po roku 1990. Powstały niezależne państwa, takie jak Ukraina, państwa bałtyckie, ale niezależność odzyskała również Europa Środkowa.
Innymi słowy, sposobem ustanowienia stabilizacji geopolitycznej w Euroazji jest połączenie fragmentacji z integracją, co możemy nazwać „ograniczoną fragmentacją”. Dążące do hegemonii państwa powinny zostać podzielone, a jednocześnie należy tworzyć zintegrowane bufory między nimi, takie jak Międzymorze. W ten sposób osiąga się równowagę sił w Euroazji, a więc stabilizację geopolityczną.
Kolejna ważna koncepcja geopolityczna została wypracowana przez Nicholasa Spykmana (1893-1943). Dowodzi ona, że to nie Heartland lecz tzw. Rimland ma kluczowe znaczenie geopolityczne. Myśl Spykmana dotyczyła obszarów na obrzeżach Euroazji oraz otaczających je mórz i oceanów. Kontrola nad Rimlandem zapewnia systemowe otoczenie Heartlandu, a tym samym utrudnia ekspansję globalną temu mocarstwu, które zdominowałoby Euroazję. Dlatego nie trzeba dokonywać fragmentacji lub reintegracji w Euroazji, a wystarczy kontrolować Rimland, aby osiągnąć stabilizację geopolityczną w skali światowej. Zasadnicze znaczenie w koncepcji Spykmana miała kontrola szlaków komunikacyjnych, handlowych i wojskowych, a więc mórz i oceanów otaczających Euroazję. Ważne były też bazy wojskowe umożliwiające kontrolę tych akwenów, usytuowane na obrzeżach Rimlandu. Istotne znaczenie miała też konsolidacja Europy Zachodniej, jako bastionu przed ekspansją Związku Radzieckiego w czasie Zimnej Wojny, jak również amerykańskie wpływy na Bliskim Wschodzie, w Indiach, Filipinach, na Tajwanie, Japonii i Australii, które zapewniały łatwiejszą kontrolę nad południowymi akwenami Euroazji.
Na koniec przywołajmy doktrynę Monroe, która została wprowadzona przez USA ponad dwieście lat temu, ale jest znowu aktualna w sytuacji destabilizacji ładu międzynarodowego. Odwołuje się ona do idei wyłącznych stref wpływów mocarstw, a więc jest na wskroś geopolityczna. W roku 1823 prezydent Stanów Zjednoczonych James Monroe ogłosił amerykańską strefę wpływów na zachodniej półkuli, gdzie nie będą miały dostępu inne mocarstwa, wówczas europejskie. Dziś dotyczy to przede wszystkim rugowania przez USA wpływów chińskich i rosyjskich z Ameryki Łacińskiej.
Doktryna Monroe
Do dziewiętnastowiecznej doktryny Monroe odniosła się wprost Narodowa Strategia Bezpieczeństwa USA ogłoszona w listopadzie 2025 roku. „Po latach zaniedbań Stany Zjednoczone ponownie potwierdzą i będą egzekwować Doktrynę Monroe’a, aby przywrócić amerykańską dominację w Półkuli Zachodniej oraz chronić nasze terytorium i dostęp do kluczowych geograficznie obszarów regionu. Nie dopuścimy, by mocarstwa spoza półkuli rozmieszczały w niej siły zbrojne lub inne groźne zdolności, bądź przejmowały własność lub kontrolę nad strategicznie istotnymi aktywami. (…) Stany Zjednoczone muszą być mocarstwem dominującym w Półkuli Zachodniej – jest to warunek naszego bezpieczeństwa i dobrobytu oraz podstawa zdolności asertywnego działania tam, gdzie jest to potrzebne. Warunki naszych sojuszy i pomocy będą zależeć od wycofywania wpływów wrogich mocarstw – od kontroli nad instalacjami wojskowymi, portami i kluczową infrastrukturą po nabywanie strategicznych aktywów szeroko rozumianych.”
Porwanie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro na początku stycznia 2026 roku przez siły specjalne USA dobrze wpisuje się w przytoczone powyżej słowa Narodowej Strategii. W ten sposób Waszyngton w praktyce wypycha chińskie i rosyjskie wpływy geoekonomiczne z regionu. Jednocześnie zamierza zainstalować amerykańskie korporacje w Wenezueli, a tym samym przejąć kontrolę nad jej bogatymi złożami ropy naftowej. Eksploatacja tych złóż mogłaby przynieść nie tylko korzyści gospodarce USA. Poprzez zmniejszenie światowych cen surowca byłaby korzystna dla interesów geopolitycznych Waszyngtonu, przykładowo osłabiając możliwości finansowania wojny na Ukrainie przez Moskwę. Przedstawiciele administracji Trumpa zapowiadali też, że w następnej kolejności będą zajmowali się rugowaniem obcych wpływów na Kubie, w Kolumbii, a nawet w Meksyku.
Przywracanie doktryny Monroe w polityce Waszyngtonu może być jednak niełatwe. Wiele państw Ameryki Łacińskiej bardzo źle odebrało działania Waszyngtonu wobec Wenezueli, które w oczywisty sposób łamały prawo międzynarodowe i suwerenność tego państwa. W konsekwencji wzmocnił się i tak już wcześniej silny sentyment antyamerykański w omawianym regionie, a w szczególności niechęć do Donalda Trumpa. Być może jednym z nielicznych wyjątków jest tutaj Argentyna, zarządzania przez bliskiego ideologicznie Trumpowi prezydenta Javiera Milei. Niemniej nawet dość bliskie Ameryce wcześniej państwa, np. Meksyk i Kanada, które łączyły z USA w przeszłości traktat o wolnym handlu (NAFTA), później przemianowany na USMCA (Umowa Stany Zjednoczone-Meksyk-Kanada) – były poważnie zaniepokojone działaniami Trumpa w Ameryce Łacińskiej. Dotyczyło to nie tylko oceny działań wobec Wenezueli, ale również agresywnej polityki celnej USA, która niweczyła wcześniejsze dobre relacje handlowe. Ponadto, dużą niechęć Kanadyjczyków wzbudziły ponawiane przez Trumpa propozycje przyłączenia ich kraju do Stanów Zjednoczonych. To wszystko pokazuje, że republikańska administracja pod rządami Trumpa z jednej strony agresywnie przystępowała do realizacji doktryny Monroe i zwiększała korzyści gospodarki amerykańskiej. Z drugiej strony nadwyręża regionalne sojusze i zaniedbywała legitymizację amerykańskiego przywództwa na Zachodniej Półkuli.
Rimland
W koncepcji Spykmana najważniejsze znaczenie ma utrzymanie kontroli przez USA nad głównymi morskimi arteriami komunikacyjnymi otaczającymi Euroazję. Podstawowe znaczenie mają akweny południowe. Są one w dalszym ciągu kontrolowane w dużym stopniu przez Waszyngton, niemniej Chiny konsekwentnie budują potencjał umożliwiający złamanie tej przewagi i wypchnięcie amerykańskiej floty poza najbardziej strategiczne morza otaczające Chińską Republikę Ludową (ChRL). Pekin w coraz większym stopniu staje się potęgą morską, a nie tylko lądową, o czym decydują jego szybko rozwijające się siły morskie, coraz liczniejsze bazy morskie na całym szlaku wokół Rimlandu, jak również sztuczne wyspy budowane na archipelagu Wysp Paracelskich, jak i Spratly. Ma to dużą wagę dla wypchnięcia USA poza tzw. pierwszy łańcuch wysp. Przejęcie przez ChRL Tajwanu, co może nastąpić zarówno w sposób pokojowy, ale też w wyniku podboju militarnego, nie tylko ostatecznie ugruntuje wpływy Pekinu na morzach otaczających to państwo, a więc wypchnie flotę USA poza pierwszy łańcuch wysp, ale otworzy drogę Chinom na Pacyfik. Byłoby to zgodne z oczekiwaniami jednego z chińskich admirałów, który stwierdził, że Amerykanie powinni być zawróceni aż do linii Hawajów. To rzecz jasna pozbawiłoby USA możliwości kontrolowania akwenów otaczających Euroazję, a także zagroziło amerykańskim sojusznikom, czyli Filipinom, Japonii, Australii, a także „neutralnym” Indiom. Chiny rozbudowują również lądowe szlaki komunikacyjne, czyli inicjatywę „Jednego pasa, jednej drogi”, co ma uniezależnić to państwo od południowych szlaków morskich, jak również coraz ściślej otaczać geopolitycznie Indie. Ponadto, Pekin intensywnie przygotowuje się do otwarcia nowego, północnego szlaku komunikacyjnego przez Ocean Arktyczny.
Z tego punktu widzenia tak ważna dla Amerykanów jest Grenlandia. Jest ona zwieńczeniem szlaku transportowego przez Ocean Północny, który nabiera coraz większego znaczenia wojskowego i handlowego. Jednocześnie ma strategiczne znaczenie dla zabezpieczenia komunikacji przez Ocean Atlantycki, a więc między USA a Europą. Ponadto, dysponuje ważnymi zasobami, w tym metalami ziem rzadkich, a więc ułatwia przełamanie monopolu chińskiego nad tymi surowcami. To wszystko powoduje zainteresowanie Donalda Trumpa przejęciem kontroli nad tą wyspą, obecnie obszarem autonomicznym Danii.
Ważnym wymiarem konfrontacji sino-amerykańskiej jest geoekonomia. Jak podkreśla Narodowa Strategia Bezpieczeństwa „to, co zaczęło się jako relacja między dojrzałą, zamożną gospodarką a jednym z najbiedniejszych krajów świata, przekształciło się w relację między niemal równorzędnymi graczami”. Winę za to ponoszą kolejne administracje amerykańskie, które stały się „ochoczymi współautorami chińskiej strategii” i pozwoliły na to, aby Chińczycy wykorzystali system amerykańskiej globalizacji jednostronnie na swoją korzyść, natomiast kosztem interesów geoekonomicznych USA. „Chiny stały się bogate i potężne i wykorzystały swoje bogactwo oraz siłę z wielką korzyścią dla siebie.”
W strategii opisano nieskuteczność dotychczasowej polityki amerykańskiej, w tym sankcyjnej. „Chiny dostosowały się do zmiany amerykańskiej polityki celnej, zapoczątkowanej w 2017 r., m.in. poprzez wzmocnienie swojej kontroli nad łańcuchami dostaw, szczególnie w krajach o niskich i średnich dochodach – należących do najważniejszych przyszłych pól rywalizacji gospodarczej. Chiński eksport do krajów o niskich dochodach podwoił się w latach 2020–2024. Stany Zjednoczone importują towary chińskie pośrednio – przez pośredników i chińskie fabryki ulokowane w kilkunastu krajach, w tym w Meksyku. Obecnie eksport Chin do krajów o niskich dochodach jest prawie czterokrotnie większy niż ich eksport do Stanów Zjednoczonych. Gdy prezydent Trump obejmował urząd w 2017 r., eksport Chin do USA wynosił 4 proc. ich PKB, dziś spadł do nieco ponad 2 proc. Mimo to Chiny wciąż sprzedają towary na rynek amerykański przez inne państwa pośredniczące.”
Innymi słowy polityka celna prowadzona przez Trumpa, Joe Bidena, i znowu Trumpa – okazała się zawodna. Jak się wydaje, wyrządza ona więcej szkody samym Amerykanom i ich relacjom sojuszniczym, aniżeli Państwu Środka. Nie udało się również odciąć Chin od amerykańskiego kapitału, szerzej od rynków finansowych, jak również najbardziej zaawansowanych technologii. ChRL dysponuje coraz bardziej zaawansowaną, własną myślą techniczną, którą z powodzeniem wykorzystuje na potrzeby nowoczesnych przemysłów, jak również sił zbrojnych. W produkcji najbardziej zaawansowanych półprzewodników ustępuje Zachodowi najwyżej o kilka lat i szybko nadrabiają dystans. Co więcej, Chiny opanowały wiele kluczowych łańcuchów produkcyjnych i dysponują kilkakrotnie większym, niż USA, potencjałem przemysłowym. Ma to decydujące znaczenie w przypadku konfrontacji militarnej. Pekin ma nawet przewagę nad USA w wojnie handlowej, gdyż posiada niemal monopol w zakresie strategicznych surowców, jakimi są metale ziem rzadkich. To pozwala na poważne wyhamowanie zdolności nowoczesnych gałęzi produkcyjnych na Zachodzie (nie tylko w USA), a także w przemyśle zbrojeniowym. Ponadto, Państwo Środka może dość łatwo odciąć przemysł farmakologiczny w USA od surowców. Chińczycy mogą także utrudnić życie amerykańskim farmerom, na przykład ograniczając import produkowanej przez nich soi. To może uderzyć w interesy polityczne administracji republikańskiej.
Podsumowując, Waszyngton przegrywa wojnę gospodarczą z Chinami, a jej prawdopodobne zaostrzenie w roku 2026 niechybnie odbije się bardziej na interesach amerykańskich przedsiębiorstw i konsumentów, aniżeli na gospodarce ChRL. Chiny z powodzeniem wdrażają bowiem od wielu lat strategię maksymalnego uniezależnienia się od Zachodu (zwłaszcza od USA), a jednocześnie zwiększania zależności gospodarek państw zachodnich od Pekinu.
Stany Zjednoczone z każdym dniem tracą możliwości skutecznej obrony Tajwanu, a także mogą zostać odcięte od mórz otaczających Chiny (zwłaszcza Morza Południowochińskiego). Oznaczałoby to wypchnięcie USA dalej na Pacyfik, być morze nawet poza tzw. drugi łańcuch wysp, co bezpośrednio zagroziłoby Filipinom, Japonii i Australii. Przed Amerykanami stanie wcześniej lub później strategiczna decyzja, czy bronić militarnie swojej pozycji na akwenach wokół Euroazji, czy też się wycofać, ewentualnie zawrzeć jakąś umowę o podziale stref wpływów z Chińczykami. Dlatego oczywiste będzie coraz bardziej stanowcze zabieganie przez Waszyngton o kontrolę nad Grenlandią i północnym szlakiem morskim. USA będą także starały się obalić reżim ajatollahów w Iranie i wzmocnić własną pozycję na Bliskim Wschodzie.
Wycofanie się USA lub ich wypchnięcie z operowania na południowych morzach wokół Chin oznacza poważne niebezpieczeństwo dla azjatyckich sojuszników Waszyngtonu. W takim wypadku musieliby oni podjąć decyzję, albo o uznaniu regionalnej hegemonii Państwa Środka, albo o zwiększeniu konsolidacji sojuszniczej. Ten drugi scenariusz otwierałby drogę do konfrontacji geoekonomicznej lub nawet militarnej, choć potencjalnie możliwa jest próba zbudowania stabilnej przeciwwagi dla Pekinu w tej części Rimlandu (w oparciu o koalicję Indii, Korei Południowej, Filipin, Japonii, Australii i USA). Z kolei dominacja Chin w regionie, a tym samym coraz silniejsze znaczenie w Euroazji musi wywołać konflikt z Moskwą. Jest on wręcz nieuchronny w sytuacji, kiedy Rosja pokusiłaby się o ekspansję w kierunku zachodnim, a więc rozpoczęła podbój Europy Środkowej. W takim scenariuszu nastąpiłaby dalsza fragmentacja, czyli rozpad Rosji. Wielce prawdopodobne byłoby zakończenie zależności Białorusi od Moskwy, jak również próba ze strony Turcji odepchnięcia Rosji znad Morza Czarnego i zdobycia przez Ankarę dominującej pozycji na Kaukazie. Wojna chińsko-rosyjska byłaby też okazją do przywrócenia przez Waszyngton pełnej kontroli nad akwenami południowymi wokół Euroazji.
Co dalej z Europą?
Ważną częścią Rimlandu w okresie zimnowojennym była Europa Zachodnia, czego dowodziła silna obecność wojskowa USA w tym regionie. Stary Kontynent ma też ogromne znaczenie w myśli strategicznej Mackindera. Wiele uwagi tej części świata poświęcono w Narodowej Strategii Bezpieczeństwa. Celem tej strategii jest „promowanie europejskiej wielkości”. Amerykanie boleją nad zmniejszającym się potencjałem gospodarczym i geopolitycznym Unii Europejskiej. Uznają, że problemem jest nie tylko jej słabnąca konkurencyjność gospodarcza, ale również coraz mniejsze zdolności obronne, co utrudnia przejęcie większej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo przez Europejczyków.
„Ten gospodarczy spadek blednie jednak wobec realnej i znacznie poważniejszej perspektywy cywilizacyjnego wymazania. Większe problemy, z którymi mierzy się Europa, obejmują działania Unii Europejskiej i innych instytucji ponadnarodowych, które podważają wolność polityczną i suwerenność, politykę migracyjną przekształcającą kontynent i rodzącą napięcia, cenzurę wolności słowa i tłumienie opozycji politycznej, dramatyczny spadek dzietności oraz utratę narodowych tożsamości i poczucia własnej wartości. Jeśli obecne trendy się utrzymają, kontynent będzie nie do poznania w ciągu 20 lat lub wcześniej. W związku z tym wcale nie jest oczywiste, czy niektóre państwa europejskie będą dysponować gospodarkami i siłami zbrojnymi wystarczająco silnymi, by pozostać wiarygodnymi sojusznikami”.
Amerykańska krytyka dotyczy zarówno błędnych polityk unijnych, przede wszystkim migracyjnej i klimatycznej, ale również niewłaściwych tendencji ustrojowych, czyli centralizacji (federalizacji), które ograniczają demokrację, suwerenność narodową, zmniejszają możliwości pielęgnowania patriotyzmu oraz mobilizacji społecznej na rzecz bezpieczeństwa.
Dotychczasowa polityka Trumpa lekceważyła sojusze i narrację legitymizującą jego działania na arenie międzynarodowej. Dezaprobata spraw wewnątrz-europejskich została bardzo źle przyjęta w Europie Zachodniej, przede wszystkim w Brukseli, Berlinie i w Paryżu. Europa Zachodnia negatywnie reagowała na wszelką krytykę o charakterze ideologicznym, płynącą z administracji Trumpa. Do tego dochodzi szereg transatlantyckich konfliktów gospodarczych, spór o Grenlandię, o podejście Trumpa do wojny na Ukrainie i sposób wycofywania się Amerykanów z odpowiedzialności za europejskie bezpieczeństwo, wreszcie o przestrzeganie prawa międzynarodowego przez USA itp. Te spory mogą się tylko pogłębić w roku 2026. Do tego ponad 70 proc. mieszkańców Europy Zachodniej ma negatywną opinię na temat Donalda Trumpa. Niemniej w Narodowej Strategii zadeklarowano, że „chcemy współpracować z państwami podzielającymi nasze cele, które pragną przywrócić swoją dawną wielkość”.
Wspomniana deklaracja została odebrana przez liberalne i lewicowe środowiska w Unii jako zapowiedź dzielenia Europejczyków i rozbijania jedności europejskiej w oparciu o środowiska konserwatywne i nacjonalistyczne. Tym bardziej, że w Strategii wprost napisano, że celem USA będzie „wspieranie oporu wobec obecnego kursu Europy wewnątrz poszczególnych państw europejskich”. Przy tej okazji pojawia się wspomniany już problem niedoceniania przez Trumpa więzi sojuszniczych, co skutkuje szeregiem napięć transatlantyckich, jak również lekceważeniem potrzeby kształtowania narracji legitymizującej amerykańską politykę przed międzynarodową opinią publiczną. Czy pogłębione więzi ideologiczne z ugrupowaniami konserwatywnymi w Europie mogą stanowić zaczyn dla odbudowy relacji sojuszniczych? Czy wspieranie przez Trumpa ugrupowań typu Alternatywa dla Niemiec lub Zjednoczenie Narodowe we Francji może zbudować wspomnianą wcześniej legitymację dla działań USA? Obawiam się, że nie. Szanse na decentralizację zarządzania w UE są w dalszym ciągu niewielkie. Natomiast istnieje możliwość, że polityka Trumpa wspierająca ruch „Make Europe Great Again” może zdestabilizować Europę, a tym samym uczynić ją jeszcze słabszą.
Administracja Trumpa ma rację, kiedy wskazuje, że nadmierna centralizacja w UE może paradoksalnie osłabić, a nie wzmocnić europejskie bezpieczeństwo. Przecież NATO nie rozwija silnej struktury ponadnarodowej, lecz opiera się na współpracy suwerennych państw. Centralizacja w Europie może prowadzić do osłabiania struktur państwowych, a tym samym narodowych systemów obrony, tak jak masowa imigracja podmywa potencjał do mobilizacji społecznej na rzecz samoobrony. Niemniej w przypadku NATO jest silny lider, czyli USA, które dysponują realnym potencjałem udzielania wsparcia dla mniejszych państw. W przypadku wycofania się Amerykanów z Europy takie zadanie musiałyby przejąć Niemcy lub Francja, co może napotkać szereg problemów praktycznych. Poczynając od sporów między Paryżem i Berlinem, niechęci obu stolic do nadmiernego finansowania obronności na wschodniej flance, nadal niewystarczającego potencjału militarnego tych stolic do odstraszania Moskwy, a skończywszy na braku zaufania niektórych państw do niemieckiego przywództwa w sferze bezpieczeństwa.
Dochodzimy w ten sposób do wyzwania niemieckiego w Europie. Miało ono jak wiadomo zasadnicze znaczenie w koncepcji Mackindera i było wywołane doświadczeniami I oraz II wojny światowej. Rozwiązaniem tego problemu była fragmentacja (czyli podział) Niemiec, obecność wojsk amerykańskich w Europie Zachodniej (zwłaszcza w RFN), wreszcie rozbudowana instytucjonalizacja w tym regionie (Wspólnoty Europejskie, NATO). Dzisiaj administracja Trumpa dąży do osłabienia tej instytucjonalizacji i faktycznie zwiększa kruchość zarówno UE, jak i NATO. Waszyngton planuje również stopniowe wycofywanie się własnych wojsk ze Starego Kontynentu. Gdyby tego było mało po zakończeniu Zimnej Wojny nastąpiło ponowne zjednoczenie Niemiec. Nie nastąpiła także osobna, czyli poza strukturami UE, integracja polityczna w ramach Międzymorza. Włączenie państw Europy Środkowej do UE faktycznie uczyniło z tego regionu strefę wpływów Berlina, zdominowaną przez RFN gospodarczo i politycznie. W konsekwencji jeszcze bardziej wzmocniło to zjednoczone Niemcy. Narodowa Strategia Bezpieczeństwa nie dostrzega tego wyzwania, a jedynie wskazuje na błędy strategiczne Berlina, takie jak zbyt wielką zależność geoekonomiczną od Chin i Rosji.
Podsumowując należy stwierdzić, że Strategia Bezpieczeństwa USA całkiem dobrze diagnozuje słabości Unii Europejskiej. Niemniej trudno zakładać, aby polityka tego mocarstwa projektowana w tym dokumencie mogła przyczynić się do wzmocnienia integracji w Europie, zwiększyła jej bezpieczeństwo lub uchroniła ją przed wyzwaniem rosyjskim oraz niemieckim.
Podsumowanie
Euroazja może być równoważona „od zewnątrz”, czyli poprzez kontrolę Rimlandu i morskich linii komunikacyjnych wokół Euroazji, bądź „od wewnątrz”, poprzez „ograniczoną fragmentację”, czyli połączenie procesów integracyjnych z dezintegracyjnymi.
Potencjał geopolityczny Moskwy słabnie w wyniku wojny na Ukrainy, czego dowodem jest utrata wpływów m.in. w Syrii i Wenezueli, jak również coraz większa zależność od Pekinu. Niemniej potencjał Moskwy jest nadal na tyle potężny, aby zagrozić Europie Środkowej i państwom bałtyckim. Rozwiązaniem problemu imperializmu moskiewskiego byłoby połączenie strategii ograniczania „od zewnątrz”, przede wszystkim przez kontrolę północnych linii komunikacyjnych, ze strategią doprowadzenia do kolejnej fragmentacji Rosji. Ponadto, należałoby instytucjonalnie wzmocnić integrację Europy Środkowowschodniej, zarówno jako element podziału Rosji i jednocześnie tworzenia buforu Międzymorza, stanowiącego tamę dla ekspansji Moskwy na zachód.
Potencjał zjednoczonych Niemiec jest zbyt słaby dla odstraszania Rosji, ale na tyle silny, aby zdominować Europę Środkową i być może nawet całą Unię Europejską. Najlepszym sposobem na jego poskromienie byłoby zmniejszenie zależności gospodarczej i politycznej Europy Środkowej i Wschodniej od Berlina, a więc integracja tego regionu (tj. Międzymorza), najlepiej poza strukturami UE.
Unia Europejska słabnie gospodarczo i geopolitycznie, a działania administracji Trumpa zapewne nie odwrócą tych tendencji lecz je raczej zaostrzą. Dodatkowym czynnikiem dezintegracji będzie presja wywierana na tę organizację przez Moskwę. Włączenie państw UE do wojny z Rosją będzie kolejnym potężnym ciosem w tę organizację. Unia może więc nie przetrwać okresu destabilizacji regionalnego i globalnego ładu międzynarodowego. Po jego zakończeniu należałoby odbudować procesy integracji regionalnej, najlepiej w dwóch osobnych blokach, a więc w Międzymorzu (łącznie z Ukrainą i Białorusią) oraz w Europie Zachodniej.
USA zapewne nie zdołają utrzymać pełnej kontroli nad południowymi morskimi liniami komunikacyjnymi wokół Euroazji i być może również nie zdołają zapobiec przejęciu Tajwanu przez ChRL. To zaburzy równowagę strategiczną w tym regionie i może spowodować konsolidację koalicji równoważącej pozycję Państwa Środka, składającej się np. z Japonii, Australii, Indii i USA. Może to doprowadzić do konfrontacji militarnej między obu stronami, której wynikiem byłoby zapewne przywrócenie równowagi sił lub odwrotnie – utrwalenie chińskiej dominacji we wschodniej części Euroazji. Sojusz Pekinu i Moskwy jest nietrwały, zwłaszcza w sytuacji zdobycia hegemonii regionalnej przez Chiny, albo na skutek zwiększenia ekspansji imperialnej Rosji na zachód. Konflikt sino-rosyjski byłby ważnym czynnikiem fragmentacji Federacji Rosyjskiej, choć mógłby także zaburzyć równowagę sił w Azji. Dlatego byłaby to okazja do próby odbudowania wpływów USA w tym regionie, co otworzyłoby kolejny obszar konfrontacji w Euroazji.