Co czynić w czasach destabilizacji? tekst Prof. Tomasz Grzegorz Grosse
Czasy chaosu..
W okresie głębokiej destabilizacji systemu geopolitycznego w skali regionalnej i globalnej pojawia się zasadnicze pytanie o możliwości przywrócenia ładu międzynarodowego. W trzeciej dekadzie XXI wieku świat wszedł w okres dezintegracji dotychczasowego systemu określanego jako „Pax Americana”. Wynikało to przede wszystkim ze słabnięcia dotychczasowego hegemona w skali globalnej – utrzymującego równowagę w wielu regionach świata, tak jak w Europie. Wojskowa obecność USA na Starym Kontynencie po II Wojnie Światowej była istotnym warunkiem stabilizacji geopolitycznej, przede wszystkim chroniąca sojuszników przed zagrożeniem rosyjskim (w czasach Zimnej Wojny zagrożeniem radzieckim), ale również przed nadmierną potęgą niemiecką. Należy pamiętać, że to właśnie wzrost tej ostatniej potęgi, jak również imperialne ambicje Berlina, były przyczyną I i II wojny światowej. Zapowiedź częściowego wycofania się USA z obecności wojskowej w Europie, jak również odpowiedzialności za europejskie bezpieczeństwo, musiała więc być jednym z czynników destabilizacji. Przyspieszyło imperialne upomnienie się przez Rosję o dawną strefę wpływów w Europie Środkowej i Wschodniej. Wraz z wybuchem pełnoskalowej wojny u granic UE i NATO Stary Kontynent wszedł w fazę pełnej destabilizacji geopolitycznej. A państwa europejskie „kolektywnego Zachodu”, czyli europejscy członkowie NATO i UE – znaleźli się faktycznie w stanie niewypowiedzianej wojny z Rosją. Był to konflikt hybrydowy, ale mający ogromne konsekwencje dla bezpieczeństwa i prowadzący do dalszej eskalacji.
Problemy USA wynikały z wyczerpywania się zasobów amerykańskich i potrzeby skupienia strategii Waszyngtonu na głównych priorytetach. Należały do nich rywalizacja z Chinami oraz próba wzmocnienia kontroli własnej strefy wpływów na Zachodniej Półkuli. Były rezultatem zjawiska określanego niekiedy jako „imperial overstretch” lub „hegemonic overreach”, czyli zbyt wielkie rozciągnięcie zaangażowania dominującego mocarstwa, przede wszystkim w wyniku kolejnych interwencji zbrojnych i wyczerpywania zasobów finansowych oraz gospodarczych. Kurczenie zasobów USA w połączeniu z nabrzmiewającymi wyzwaniami i rosnącymi w siłę rywalami, głównie Chinami, powodowało zmianę strategii Waszyngtonu w dobie drugiej prezydentury Donalda Trumpa. Z łagodnej hegemonii otwartej na potrzeby sojuszników, zarówno wojskowe, jak i ekonomiczne, zmieniła się w „hegemonię drapieżną”, która agresywnie broniła własnych interesów. Bardzo często kosztem sojuszników. Hasło „America First” obnażyło słabnięcie geoekonomiczne Stanów Zjednoczonych, które w imię tej dewizy domagały się bardziej sprawiedliwego podziału korzyści i obowiązków między liderem kolektywnego Zachodu, a jego sojusznikami, także w NATO. Takie podejście prowadziło do egoistycznego postępowania lidera. Przenosząc coraz więcej kosztów wynikających z destabilizacji geopolitycznej na swoich partnerów, faktycznie podmywał on relacje sojusznicze. A bez wsparcia sojuszników Stany Zjednoczone stawały się jeszcze bardziej słabe wobec państw rewizjonistycznych, które aktywnie podważały dominację Zachodu, system „Pax Americana”, a nawet globalizację gospodarczą. Była ona dotąd promowana przez instytucje i podmioty zachodnie na czele z korporacjami amerykańskimi. Elementem niszczenia ładu zachodniego był przykładowo radykalny zwrot USA w kierunku protekcjonizmu i odejście od promowanych dotąd liberalnych wartości, zresztą nie tylko w sferze ładu ekonomicznego. Był to paradoks „drapieżnej” i bardziej egoistycznej polityki USA. Polityka „America First” zamiast wzmocnić faktycznie osłabiła globalną pozycję Waszyngtonu.
Do tego doszła radykalna utrata wiarygodności przez USA. Stany Zjednoczone przestawały gwarantować pokój i stabilizację, zarówno w układzie globalnym, jak i regionalnym. Traciły sprawczość, a tym samym wiarygodność. Nie były w stanie doprowadzić do przywrócenia stabilizacji na warunkach korzystnych dla ich lokalnych sojuszników. Przykładem były próby zawarcia pokoju lub zamrożenia konfliktów z regionalnymi rywalami geopolitycznymi w Europie lub na Bliskim Wschodzie. Odbywały się one przy drastycznym pogorszeniu bezpieczeństwa regionalnych sojuszników (europejskich członków NATO, Ukrainy i Izraela). To prowadziło nie tylko do kryzysu zaufania u sojuszników, ale również działań mających uniezależnić własne bezpieczeństwo od pomocy USA. Wiodło więc do autonomizacji sojuszników, do ich dążenia do „strategicznej autonomii” wobec Ameryki. To kolejny paradoks. Amerykanie faktycznie sami pomagali budować „strategiczną autonomię” w UE, choć wcześniej konsekwentnie ją kontestowali. Tym samym działania administracji Trumpa podmywały wcześniejsze relacje sojusznicze, jak również instytucje będące ucieleśnieniem tych relacji. W przypadku Europy dotyczyło to osłabiania spoistości NATO i gwarancji sojuszniczych w ramach art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Tym bardziej, że prezydent Stanów Zjednoczonych wielokrotnie dezawuował potrzebę istnienia i przydatność tej organizacji bezpieczeństwa, której Ameryka była dotąd niekwestionowanym liderem. Był to jeden z wielu przejawów destrukcji dotychczasowego ładu międzynarodowego przez Waszyngton.
Ameryka niszczyła w ten sposób własny system „Pax Americana”, nie próbując nawet tworzyć niczego lepszego w jego miejsce. Trudno więc uznać, aby działania Trumpa miały specyfikę „kreatywnej destrukcji” opisanej przez Josepha Schumpetera. Była wprawdzie obecna destrukcja, lecz bez próby tworzenia alternatywnego systemu. Dlatego możliwości powrotu do powojennego ładu zachodniego były coraz trudniejsze. Przypominało to słynną „pułapkę Kindlebergera” – termin wprowadzony przez Josepha Nye. To sytuacja swoistej pustki hegemonicznej na poziomie globalnym, którą wykorzystują regionalne siły do samodzielnej zmiany układów geopolitycznych na swoją korzyść. André Sapir z think-tanku Bruegel stwierdził, że nieuchronnie prowadzi to do załamania współpracy międzynarodowej, a więc chaosu.
W takich warunkach trudno oczekiwać, że sytuacja międzynarodowa zostanie w przyszłości ustabilizowana w oparciu o ład dwubiegunowy, czyli dwa bloki: amerykański i chiński. Sceptyczni wobec takiego scenariusza byli nawet czołowi geopolitycy amerykańscy, przykładowo Hal Brands. Blok amerykański się bowiem coraz bardziej rozpadał, a Chiński póki co był jedynie w postaci zalążkowej. Państwo Środka nie chciało bowiem brać odpowiedzialności za stabilizowanie systemu międzynarodowego, a zwłaszcza za podtrzymywanie „Pax Americana”. Raczej skupiało wysiłki na jego demontażu i maksymalnym wyczerpywaniem sił państw zachodnich. Elementem słabnięcia kolektywnego Zachodu było więc wciąganie USA i ich sojuszników w konflikty regionalne i ich przeciąganie przez Pekin w czasie. Ponadto, dominujący dotąd Zachód dotykała podwójna słabość, czyli jednocześnie Ameryki i Europy. W tym drugim przypadku mam na myśli przede wszystkim Unię Europejską. Dodatkowym elementem kłopotów były rozliczne nieporozumienia, spory gospodarcze i geopolityczne między partnerami po obu stronach Atlantyku.
Świat pogrążał się w chaosie. Jego manifestacją była dość powszechna w Unii Europejskiej iluzja o kształtowaniu ładu wielobiegunowego. W ten sposób określano utratę hegemonii przez USA, łudząc się przy tym, że w to miejsce kształtuje się stabilny ład oparty o kilka silnych ośrodków geopolitycznych, w tym również w UE. Tymczasem słabł cały Zachód. Nie tylko Ameryka, ale również Europa. Świadczyły o tym kolejne kryzysy UE i ich nieudolne próby rozwiązywania, szczegółowo opisane przeze mnie w książce pod tytułem „Sterowanie Titanikiem”. Nie tylko UE, ale również czołowe państwa Europy Zachodniej coraz bardziej traciły znaczenie na arenie międzynarodowej. W Europie nie powstawał jednolity i silny biegun geopolityczny, mający jakoby zastąpić ten amerykański, ale raczej pojawiły się przynajmniej cztery stolice pretendujące do miana biegunów: Berlin, Paryż, Bruksela i Londyn. Każda borykała się z rozlicznymi problemami i faktycznie traciła na znaczeniu geopolitycznym.
Jak już wspomniałem, brak światowego hegemona lub „globalnego policjanta” stabilizującego sytuację prowadził do coraz większego chaosu. Jego manifestacją były regionalne konflikty. Można je określić mianem regionalnych wojen imperialnych, niejednokrotnie pełniących funkcję konfliktów zastępczych (czyli „proxy war”). Pogłębiający się chaos i anarchia stosunków międzynarodowych prowokowała bowiem imperialne siły do odważnego wkraczania w konflikty zbrojne. Tak było z Rosją w Europie, ale także z Iranem i do pewnego stopnia Izraelem na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie były to konflikty typu „proxy”, gdyż w tle zawsze stała rywalizacja globalna między Chinami a światem Zachodu, przede wszystkim Stanami Zjednoczonymi. Zamiast więc stabilizacji opartej o system wielobiegunowy mieliśmy do czynienia z eskalacją konfliktów regionalnych i walką o regionalną hegemonię. W ten sposób zwiększająca się pustka geopolityczna na poziomie globalnym i pogłębiająca się rywalizacja o przywództwo między Pekinem a Waszyngtonem, pobudzała coraz silniejszą destabilizację regionalną – w wielu miejscach świata jednocześnie. Przypomina to nieco świat patchworkowy, czyli scenariusz „rozproszonej multibiegunowości” opisany w raporcie „Ćwierćwiecze Przesilenia” Fundacji INFO OPS Polska (z 2026 roku). Dominującą cechą systemu międzynarodowego w obecnej fazie destabilizacji jest chaos, erozja regulacji i instytucji międzynarodowych. Wielobiegunowość skrywa tylko brak globalnego hegemona oraz coraz ostrzejszą rywalizację regionalną. Tak przynajmniej uważał Henry Kissinger.
Jak w tej sytuacji stabilizować sytuację geopolityczną w Europie? Jakie są podejmowane próby takiej stabilizacji, głównie przez elity Europy Zachodniej, które w największym stopniu miały wpływ na sytuację na Starym Kontynencie? Czy mogą się one powieść? Są to główne pytania badawcze tego eseju.
Jak uspokoić sytuację w Europie?
Stabilizowanie Europy po II wojnie światowej odbywało się w dużej mierze przez globalne mocarstwo hegemoniczne, czyli USA. Obecnie Stany Zjednoczone w części wycofują się z Europy i w części przenoszą odpowiedzialność za bezpieczeństwo na samych Europejczyków. Dodatkowym wyzwaniem jest rywalizacja Waszyngtonu z Pekinem o prymat światowy. Jest to nie tylko źródłem destabilizacji w Europie, ale może sugerować, że nie osiągnie się tutaj stabilizacji bez uporządkowania sytuacji geopolitycznej na poziomie globalnym. Czy zatem w tych warunkach Europa Zachodnia jest w stanie sama doprowadzić do uspokojenia sytuacji w regionie? Musi zmierzyć się nie tylko z rewanżyzmem Rosji, rywalizacją sino-amerykańską, ale także licznymi wewnętrznymi kłopotami.
Dominujące w UE państwa Europy Zachodniej, jak również instytucje unijne, wielokrotnie przedstawiały odważne plany strategiczne. Były one związane z reformami zarządzania w kierunku centralizacji, etatyzacji oraz konsolidacji politycznej na szczeblu unijnym (brukselskim). Jednocześnie wspomniane plany dotyczyły w ostatnim czasie przede wszystkim sfery bezpieczeństwa i polityki zewnętrznej. Technokracja i sędziowie unijni od wielu lat dążyli do pogłębienia integracji, zwłaszcza w okresie kolejnych kryzysów. Była ona dokonywana poprzez praktykę funkcjonowania instytucji unijnych, a więc metodą „małych kroków” i „faktów dokonanych” oraz w ramach aktywizmu sędziowskiego. Państwa członkowskie zgadzały się zazwyczaj na te wszystkie działania, które prowadziły do wzmacniania centralnego ośrodka władzy w Brukseli. Niemniej były coraz bardziej niechętne wobec przełomowej zmiany traktatowej. Innymi słowy – rządy w najbardziej wpływowej politycznie Europie Zachodniej chciały odpowiadać na kryzysy i destabilizację geopolityczną, ale były to często tylko deklaracje nie poparte bardziej zdecydowanymi działaniami. Unia zmagała się bowiem z paraliżem decyzyjnym, co powodowało, że nie była w stanie skutecznie realizować planów strategicznych, w tym dotyczących sanacji zarządzania w UE i przeciwdziałania coraz częstszym kryzysom. Następował więc coraz bardziej jaskrawy rozdźwięk między wielkimi ambicjami (i sferą retoryczną), a bezwładem sfery realnej. To dlatego najwięksi regionalni aktorzy, na czele z Niemcami, redukowali oczekiwania wobec reform unijnych.
Ambicje zmian instytucjonalnych były przez nich ograniczane w zasadzie tylko do usprawnienia procesu podejmowania decyzji w obszarze polityki zagranicznej i obrony UE, a także oferty niepełnego choć przyspieszonego procesu poszerzenia wspólnoty o Ukrainę i państwa bałkańskie. To „niepełne członkostwo” dotyczyło w głównej mierze zawieszenia praw politycznych, zwłaszcza decyzyjnych dla nowych członków. W przypadku przejścia w większym zakresie spraw do głosowania większością kwalifikowaną (w instytucjach międzyrządowych Unii) chodziło głównie o zwiększenie kontroli Niemiec nad polityką zagraniczną i obronną państw uznawanych za peryferyjne, zwłaszcza z Europy Środkowej. Z kolei przyspieszona akcesja miała na celu poszerzenie strefy wpływów geoekonomicznych Niemiec w Europie Wschodniej i na Bałkanach, a jednocześnie ograniczenie wpływów mocarstw spoza UE na tych obszarach. Ponadto pozbawienie nowych członków części praw politycznych – przynajmniej na pewien czas – miało ułatwić uzależnienie tych państw od centrum geopolitycznego w Europie Zachodniej.
Berlin ograniczał też do minimum zaangażowanie w budowanie silnych instrumentów unijnych (np. fiskalnych), jak również własnego udziału w niektórych programach UE. Nie chciał więc ponosić kosztów wzmacniania UE, a jednocześnie minimalizował możliwości nadmiernego związania własnego państwa przez prawo, procedury i instrumenty UE, zwłaszcza w kluczowej w czasach niepewności geopolitycznej – sferze bezpieczeństwa. Zapewne z tego powodu Niemcy nie przystąpiły do instrumentu SAFE, czyli pożyczki unijnej przeznaczonej na potrzeby wojskowe państw członkowskich, ale obwarowanej rozlicznymi procedurami administracyjnymi oraz znaczącą dyskrecjonalnością ze strony urzędników UE.
RFN nadal chciała wykorzystywać instrumenty unijne do kontroli i zwiększania zależności geoekonomicznej państw peryferyjnych, jednocześnie zwiększając zakres własnej niezależności od UE w sferze bezpieczeństwa. Zupełnie odmienna była perspektywa mniejszych państw o statusie peryferyjnym, takich jak Polska. Kolejne działania centralizacyjne w UE powodowały, że traciły one wpływ polityczny na decyzje Unii, a jednocześnie były przez nie coraz ściślej związane, co zwiększało ich zależność geoekonomiczną od Europy Zachodniej. Silniejsze związanie państw peryferyjnych z unijnym centrum nie oznaczało poprawy położenia geostrategicznego samej UE i jej najbardziej wpływowych państw z zachodniej części kontynentu. Pozostawały one słabe i podatne na kryzysy, a ich możliwości stabilizowania sytuacji geopolitycznej w regionie były mocno ograniczone.
Dlatego podstawowym scenariuszem dla elit zachodnioeuropejskich – podobnie jak w przypadku administracji Donalda Trumpa – był reset z Rosją. Chodziło o doprowadzenie do stabilizacji geopolitycznej poprzez rozmowy dyplomatyczne z Moskwą. Dozbrajanie i finansowanie Ukrainy, jak również modernizacja potencjału wojskowego i przemysłu zbrojeniowego w państwach członkowskich UE nie miała w gruncie rzeczy przygotowywać strony unijnej do realnego konfliktu militarnego z Rosją, ale jedynie wywierać na nią presję, aby poprawić warunki dla Europy Zachodniej w trakcie negocjowanego kompromisu. Takie rozwiązanie, choć pożądane przez elity zachodniej części kontynentu, nie oznaczało jednak trwałej stabilizacji geopolitycznej, lecz w najlepszym razie tylko doraźne zawieszenie sporów. Zresztą eksperci rosyjscy – największego państwowego banku (Sbierbank Rossii) – oceniali w kwietniu 2026 roku szanse zakończenia wojny na Ukrainie na około 30 proc. i tylko w sytuacji poważnego wyczerpania obu stron oraz presji zewnętrznej. Przede wszystkim ze strony USA i Chin.
Dlatego drugim potencjalnym scenariuszem była kontynuacja wojny, co musiało prowadzić do jej potencjalnej eskalacji. Prawdopodobne jest więc kolejne radykalne pogorszenie sytuacji geopolitycznej i przejście od wojny hybrydowej do otwartego konfliktu między europejskimi państwami NATO a Rosją. Byłaby to w gruncie rzeczy już nie tylko rywalizacja o Europę Wschodnią (czyli głównie o Ukrainę), ale o państwa bałtyckie i Europę Środkową. Spór byłby toczony między Rosją a kolektywnym Zachodem o przyszłość geopolityczną Starego Kontynentu. Tłem dla tego konfliktu byłby w dużym stopniu historyczny spór o dominację w Europie Środkowej i Wschodniej między tradycyjnymi adwersarzami, czyli Rosją i Niemcami, choć w tym drugim przypadku wspieranymi przez struktury i państwa członkowskie NATO oraz UE. Ten drugi scenariusz uruchamiałby zapewne kolejny obszar konfliktu, mianowicie gwałtowne napięcia wewnętrzne w Europie Zachodniej podsycane przez Moskwę. Mam na myśli eskalację konfliktów kulturowych i politycznych między ludnością rodzimą a imigrantami pozaeuropejskimi i ich potomkami. Rosja bez wątpienia podsycałaby tego typu konflikty, zgodnie z wcześniejszą wieloletnią praktyką wykorzystywania presji migracyjnej w celu destabilizowania UE. Właśnie z tego powodu tak newralgiczną sprawą była polityka migracyjna UE i państw członkowskich.
Podsumowanie i rekomendacje
W trzeciej dekadzie XXI wieku sytuacja międzynarodowa wkraczała w długotrwały okres destabilizacji w wyniku erozji władzy hegemonicznej na poziomie globalnym, jak również rywalizacji o prymat między USA a Chinami. W rezultacie poszczególne regiony świata, w tym Europa, wchodziły w okres wojen imperialnych typu proxy. Europa Zachodnia planowała jedynie ograniczone zmiany funkcjonowania UE, co nie rozwiązywało dysfunkcjonalności tej organizacji, a miało tylko zwiększyć kontrolę geoekonomiczną nad peryferiami. Najbardziej prawdopodobnymi scenariuszami geopolitycznymi była doraźna próba zawieszenia konfliktu z Rosją lub jego dalsza eskalacja.
Oba wspomniane scenariusze bazowe są trudne dla Europy Środkowej, traktowanej w dużym stopniu w sposób przedmiotowy przez decydentów z Europy Zachodniej. Wcześniej wspomniałem o planach „reform” w UE, które w dużej mierze osłabiają wpływy polityczne państw środkowoeuropejskich w tej organizacji, jak również zwiększają kontrolę Unii nad tymi peryferyjnymi krajami oraz ich zależność geoekonomiczną od zachodniej części kontynentu. Największe państwa Europy Zachodniej, przede wszystkim Niemcy, pragną wzmocnić kontrolę nad Europą Środkową w sferze bezpieczeństwa, choć perspektywa zagrożeń geopolitycznych jest zasadniczo odmienna w obu częściach UE, czyli w jej zachodniej i wschodniej części. To powoduje, że ewentualne koncesje Europy Zachodniej na rzecz Rosji mogą odbywać się kosztem państw mniej wpływowych politycznie i mających status peryferyjny w UE. W przypadku resetu z Rosją państwa Europy Środkowej nie mają szansy na poprawę pozycji międzynarodowej, a ich los będzie decydowany w rozmowach między Rosją i największymi państwami Europy Zachodniej, zapewne przy udziale USA. W scenariuszu eskalacji wojennej Europa Środkowa będzie głównym polem walki, ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Biorąc to pod uwagę polskie elity polityczne powinny zawczasu przygotowywać się do obu tych scenariuszy, które w moim przekonaniu są w roku 2026 najbardziej prawdopodobne.
Najważniejszym wyzwaniem jest przełamanie przez Polskę statusu peryferyjnego w UE, a także odejście od praktyki podejmowania najważniejszych decyzji o przyszłości Europy Środkowej bez udziału jej przedstawicieli, czyli w dużej mierze przez państwa Europy Zachodniej przy mniejszym lub większym udziale Amerykanów. Odzyskanie podmiotowości i sprawczości w relacjach międzynarodowych przez Polskę i inne państwa Europy Środkowej nie będzie jednak łatwe. Decyduje o tym kultura polityczna panująca w tych krajach, przyzwyczajenie elit politycznych do delegowania własnych interesów w sferze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej na zachodnich sojuszników i związana z tym bierność elit środkowoeuropejskich w relacjach międzynarodowych. Dla odbudowania pozycji międzynarodowej oraz sprawczości w polityce zagranicznej i obronnej niezbędne jest silne państwo, gospodarka i roztropne sojusze. Konieczna jest dalekosiężna strategia oraz aktywna polityka zagraniczna i obronna. W celu dążenia do sprawczości na arenie międzynarodowej należy budować autonomiczność własnej armii, która musi bazować na narodowym przemyśle zbrojeniowym i własnych technologiach. Zakupy uzbrojenia – choć niezbędne w obecnej sytuacji – muszą za każdym razem zmierzać do jak największej autonomiczności wykorzystywania zakupionego sprzętu oraz możliwości jego serwisowania i w miarę możliwości produkowania na terenie Rzeczypospolitej.
Jak wspomniałem, wyzwaniem jest przełamanie peryferyjności w ramach UE i zbyt silnej zależności geoekonomicznej od zachodniej części kontynentu, przede wszystkim od Niemiec. Należy powstrzymać procesy zwiększające tę zależność, jak również możliwości dalszego przenoszenia rozmaitych kosztów na Polskę przez dominujące państwa Europy Zachodniej w najbardziej newralgicznych politykach, przede wszystkim klimatycznej i energetycznej, migracyjnej, a także w sferze bezpieczeństwa i obronności. Dotyczy to również planów konsolidacji politycznej w UE, która może odbywać się kosztem polskich interesów i swobody geopolitycznej. Dlatego Polska nie powinna popierać takich „reform”. Polityka polska w UE wymaga więc radykalnego zwiększenia asertywności, jak również zaprzestania delegowania odpowiedzialności za kluczowe obszary polityk publicznych na instytucje UE lub na największe państwa Europy Zachodniej.
Polska polityka zagraniczna i obronna musi ponownie zwiększyć aktywność i orientacje na cele strategiczne. Oznacza to przede wszystkim odbudowę relacji z Ukrainą oraz aktywne promowanie współpracy z państwami wschodniej flanki, poczynając od Finlandii i Szwecji, a zakończywszy na Turcji. Nie wystarczy poleganie jedynie na sojusznikach z Europy Zachodniej (głównie Niemcach, Francji i Zjednoczonym Królestwie) – co wydawało się być głównym celem polityki zagranicznej rządu Donalda Tuska (od 13 grudnia 2023). Nie należy też zaniedbywać relacji transatlantyckich, choć należy dążyć do kierowania się w nich przede wszystkim realizacją konkretnych przedsięwzięć służących polskim interesom strategicznym. Chodzi o nakłanianie amerykańskiego sojusznika do wsparcia polskiej perspektywy geostrategicznej.
Amerykanie byli w czasach drugiej prezydentury Trumpa nastawieni na reset z Rosją, a w okresie administracji Joe Bidena w dużym stopniu delegowali własne interesy w sferze bezpieczeństwa na Niemcy. Niemniej jeszcze wcześniej, w czasie pierwszej prezydentury Trumpa wspierali integrację w Europie Środkowej i na Bałkanach, czyli popierali Inicjatywę Trójmorza. Spośród tych wariantów polityki europejskiej Stanów Zjednoczonych najlepszą opcją dla Polski jest wspieranie autonomiczności Europy Środkowej i Wschodniej, łącznie z państwami bałtyckimi i bałkańskimi. Opcja strategiczna Międzymorza jest nie tylko najbardziej korzystna dla państw wspomnianego regionu, ale również dla geopolitycznej stabilizacji kontynentu. Buduje bowiem bufor przeciwko ekspansyjności Rosji, a ponadto minimalizuje ambicje Berlina, nie tylko w zakresie dominacji w Europie Środkowo-Wschodniej i na Bałkanach, ale co za tym idzie również w zachodniej i południowej części kontynentu. Zainteresowanych tym problemem odsyłam do pogłębionej analizy w mojej książce „Międzymorze. Geopolityka – Geoekonomia – Geokultura”.
Najlepszą opcją trwałej stabilizacji sytuacji geopolitycznej w Europie jest więc zbudowanie silnego Międzymorza – przez zainteresowane państwa, w szczególności Polskę i Ukrainę. Rzecz jasna taka opcja jest nie do zaakceptowania przez Rosję i Niemcy, które będą aktywnie jej przeciwdziałały. Z tego powodu niezbędne dla realizacji takiej wizji strategicznej byłoby wsparcie mocarstwa globalnego. Z kolei pozwolenie na spełnienie ambicji geopolitycznych Berlina lub Moskwy prowadzi do dalszej niestabilności. W takim wypadku szanse przywrócenia porządku na kontynencie byłyby długotrwałe i okupione wysoką ceną dla wszystkich stron. Szczególnie zaś bolesne dla państw Międzymorza.