Wyzwania geopolityczne gorącego czerwca 2026 roku
Rozmowa prof. Tomasza Grzegorza Grossego z Jackiem Bartosiakiem
Tomasz Grzegorz Grosse: Witam serdecznie słynnego polskiego stratega Jacka Bartosiaka. Przechodzę od razu do pierwszego pytania. W słynnym artykule amerykański geopolityk Hal Brands nakreślił trzy scenariusze rozwoju sytuacji międzynarodowej. Pierwszy to dwa bloki, które by przypominały troszeczkę układ zimnowojenny, blok amerykański i chiński jako ten model docelowy. Drugi to regionalne wojny imperialne, czyli de facto to, co teraz mamy na Bliskim Wschodzie i w Europie. Trzeci to sytuacja chaosu. Jacku, co ty sądzisz? Który z tych trzech scenariuszy jest najbardziej prawdopodobny, jeśli chodzi o najbliższą przyszłość?
Jacek Bartosiak: Najmniej moim zdaniem prawdopodobny jest pierwszy. Dlatego, że poprzedni system dwubiegunowy, sowiecko-amerykański, ukształtował się na gruzach II wojny światowej i mniej więcej przebiegał tam, gdzie byli żołnierze radzieccy i żołnierze amerykańscy. Więc nie było okresu chaosu. Poza tym gospodarka sowiecka nie była wprzęgnięta w globalny system wymiany towarowo-usługowej, więc nie trzeba było robić żadnego ciężkiego rozwodu, który teraz byłby niezbędnie potrzebny. A zważywszy na specjalizację w łańcuchach dostaw i w zglobalizowanym świecie, nikt nie jest samodzielny wystarczająco, nikt nie jest na tyle odporny na zerwanie tych łańcuchów w stopniu drastycznym.
Więc nawet brnięcie w kierunku dwubiegunowego systemu byłoby długoletnią okresem chaosu, czyli scenariuszem numer 3. Czyli najbardziej prawdopodobny scenariusz chaosu, który teraz się dzieje moim zdaniem.
Oczywiście jeżeli przez chaos rozumiemy pułapkę Kindlebergera[1], czyli próżnię bezpieczeństwa to będziemy mieli próbę powstawania regionalnych układów opartych o jakąś wspólnotę ryzyka, wspólnotę interesu, czy to głosy pojawiające się w Europie o tworzeniu systemu europejskiego, co będzie trudne, czy jeszcze mniejsze lokalne układy, które na przykład po wojnie irańskiej mogą się pojawić w Zatoce, gdzie państwa Zatoki, które są tłuste i syte, leżące na ropie i gazie, mogą po prostu uznać, że wystarczy się opłacać Iranowi i będą miały to samo i święty spokój. Iran oczywiście będzie coraz bardziej tłusty i bogaty, ale co tym mniejszym państwom przeszkadza, jak mają ropę i gaz. Przecież nie będą chodzić na jakieś wojny. Dla nich najważniejsze jest to, aby mogli transportować swoje towary przez Cieśninę Ormuz.
Przy czym bardzo ciężko będzie rozróżnić scenariusz drugi i trzeci, bo również powstawanie lokalnych czy regionalnych sojuszy będzie też wyglądało chaotycznie.
TGG: No właśnie, też mi się wydaje, że ten scenariusz dwóch bloków będzie trudno odtworzyć, bo jak sama nazwa wskazuje, on się opiera na blokach, w tym bloku zachodnim, a Stany Zjednoczone robią bardzo wiele, żeby taki blok zachodni rozmontować. I stąd jest kolejne moje pytanie. Mamy zachwianie wiarygodności sojuszniczej, jeśli chodzi o Bliski Wschód i Europę, ze strony dotychczasowego globalnego hegemona i takiego ojca chrzestnego Zachodu, czyli Stanów Zjednoczonych. I ten sygnał idzie nie tylko, jeśli chodzi o oba wspomniane regiony, ale na cały świat. Co powinniśmy zrobić z utratą wiarygodności sojuszniczej Stanów Zjednoczonych? Czy wprowadzić hedging w odniesieniu do Chin, czy wzmocnić lobbying w Stanach Zjednoczonych?
JB: Przede wszystkim powinniśmy zmienić swoje postępowanie. I w tym kontekście powinniśmy zdać sobie sprawę, że nie ma już prymatu Stanów Zjednoczonych. Amerykańska globalna łagodna hegemonia się załamała i Amerykanie weszli w fazę drapieżnego hegemona tam, gdzie mogą. Tam, gdzie nie mogą. Na przykład Cieśninie Ormus, Zatoce Perskiej, jak się okazało, muszą ustąpić i nawet tam już nie będą hegemonem, nawet drapieżnym. Pozostaje otwartym, w ilu jeszcze miejscach nie będą. Wydaje mi się, że nie są hegemonem też już w wojnie na Ukrainie, czyli w relacjach z Ukrainą. Państwo polskie i jego elity muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, na które sobie prawidłowo jeszcze nie odpowiedziały. Co zrobić gdy nie ma tego prymatu. Zatem przyspawanie do sojuszu ze Stanami, czyli przekonanie, że ten sojusz zapewnia nam murowane bezpieczeństwo jest już bardzo ryzykownym zakładem o przyszłość. To rzutuje na nasze relacje z Ukrainą, utrudnia wejście w odpowiednie relacje z tym państwem, uniemożliwia pewną grę w Europie. Uniemożliwia też właściwy rozwój zakupów uzbrojenia i odpowiednią reformę Wojska Polskiego. To jest problem. Oczywiście Amerykanie, wracając do pierwszego pytania, bardzo chcą wszystkim wmawiać, że najlepszym rozwiązaniem dla ludzi Zachodu byłoby, gdyby powstały te dwa bloki, bo przede wszystkim te dwa bloki służyłyby im, bo sami nie są w stanie pokonać Chin albo zmusić do zejścia z chińskiej drogi do kapitalizmu, że tak powiem, i potrzebują do tego Europy. Potrzebują na przykład rynków europejskich i kultury europejskiej, i geografii europejskiej, jak też innych sojuszników. Więc Amerykanie bardzo chcieliby w Rimlandzie, w Eurazji, stworzyć blok powstrzymujący Chiny. Zarówno wojskowo oczywiście, ale przede wszystkim geoekonomicznie, czyli poprzez taki system blokowych rozwiązań ekonomiczno-technologicznych, żeby Chiny nie mogły tam znaleźć ujścia dla swojego eksportu, dla pozyskiwania również pewnych technologii, dla joint ventures, dla ujścia energii, produktywności chińskiej. To byłby wymarzony plan dla Stanów Zjednoczonych. Pozostaje pytanie, czy dla Włochów jest to też marzenie, czy dla Hiszpanów, Holendrów, czy dla Niemców, Polaków i tak dalej w Europie, jak też w Azji? I tutaj sytuacja jest diametralnie odmienna od sytuacji zimnowojennej z Sowietami. Sowieci poza ideologią i jakimiś tam rozwiązaniami technologicznymi dla krajów trzeciego świata, czy pewnymi pomysłami ustrojowo-społecznymi, które mogły być atrakcyjne dla niektórych zapóźnionych społeczeństw, nie mieli długoterminowego pomysłu na rozwój. Więc byli znacznie biedniejsi od Stanów Zjednoczonych i nie produkowali nowocześnie. Stany Zjednoczone dominowały. Amerykanom łatwo było przekonać europejskich sojuszników położonych na zachód od Łaby, żeby podporządkowywali się ówczesnej amerykańskiej wielkiej strategii powstrzymywania Sowietów i tworzenia systemu blokowego, gospodarczego, tak zwanego wolnego świata, którego pokłosiem są różnego rodzaju spotkania typu G7. I nie będzie łatwo ich przekonać teraz w kwestii Chin, bo Chiny raz, że są głównym producentem dóbr na świecie, dwa, że są również pionierami niektórych technologii, niektórych domen, nowych rywalizacji gospodarczych. Wszyscy potrzebujemy realnej produkcji chińskiej dla naszego codziennego funkcjonowania. I odejść od tego będzie bardzo trudno. Amerykańscy stratedzy tak by chcieli, żeby to się wydarzyło, musieliby tylko znaleźć kogoś, kto będzie tanio dla nich dalej produkował, bo sami nie chcą produkować tanio rzeczy. I to jest w ogóle pytanie o mądrość amerykańskiej wielkiej strategii i strategii wobec Chin w obecnym układzie. Ja tutaj znajduję same znaki zapytania. Nie ukrywam, że poza pomysłami typu odpuścić i odejść za ocean, który dla obywatela amerykańskiego, gdybym nim był, miałoby sens. Nie dla Polaków może, nie dla wielu w Europie czy w Azji, ale dla sporej części Amerykanów miałoby sens. Nie znajduję mądrej strategii w postępowaniu amerykańskim. Nie jestem w stanie odczytać mądrej strategii w tym zakresie, chyba że oni naprawdę w drugiej kadencji Trumpa wszystko postawią na jedną kartę, to znaczy rewolucję sztucznej inteligencji, że tam włożą wszystkie zasoby i wygrają. Ja nie widzę innej strategii, mówię o całościowej, bo to, że próbują Europę obezwładnić, podporządkować sobie, w tym Ukrainę, regulować rynek energetyczny wraz z Rosjanami, to jest inna sprawa. Ja nie widzę takiej całościowej strategii, jak sobie poradzić z Chinami.
TGG: Stany Zjednoczone poprzez agresywną, a nie łagodną hegemonię, tak naprawdę nadwyrężają sojusze i w tym sensie piłują gałąź, na której siedzą. Bo bez sojuszy nie są w stanie utrzymać swoich wpływów w układzie globalnym. Gdyby się wycofali na półkulę zachodnią, to zgodnie z tym, co mówił Nicholas Spykman (1893–1943), ale też Alfred Mahan (1840–1914), byłby to początek końca, dlatego że obrona zachodniej półkuli jest tak naprawdę możliwa tylko na Pacyfiku. Nie można się wycofać, bo to jest tak naprawdę przegrana, a nie zabezpieczenie tyłów. Czyli mówiąc krótko, pytanie jest takie, czy Chiny będą kolejnym światowym hegemonem i stworzą nowy system stabilizacji w układzie globalnym, ale też regionalnym, bo na samym końcu ustabilizują sytuację w poszczególnych regionach?
JB: Wydaje mi się, że Chiny nie będą globalnym hegemonem i nie będziemy mieli już do czynienia z sytuacją, którą mieli z korzyścią dla siebie i dla części świata Amerykanie w latach 90. i w pierwszej dekadzie XXI wieku. Chiny nie będą w stanie prowadzić takiej stanowczej, wręcz powiedziałbym imperialnej, globalnej polityki, zważywszy na potężnych sąsiadów, czyli Rosję, Indie, liczne państwa Azji Środkowej, Japonię, Koreę, czy całe ASEAN. Amerykanie ze względu na swoją odległość geograficzną mieli wyjątkową okazję do stworzenia łagodnej hegemonii.
Wejście przez Chin na taką drogę będzie skutkowało napięciami i nie uda im się. Natomiast jakieś regionalne układy hegemoniczne mogą się pojawić ze względu na gigantyczną potęgę gospodarki chińskiej, zwłaszcza jeżeli ona nie znajdzie zatrzymania. Ja w ogóle bym uważał, że pokój, który nastanie po obecnie wojnie systemowej oraz jego negocjowanie będzie bardziej przypominało negocjowanie tego, co się działo teraz w wojnie irańsko-amerykańskiej. Nie będzie wiadomo, kto wygrał, kto przegrał, bunkier z Hitlerem nie został zdobyty, na Reichstagu nie zawisła flaga. Tego typu historii nie będzie. To będzie coś takiego wymęczonego, jakaś formuła, która moim zdaniem nie będzie przypominała formuły, którą chcieli Amerykanie mieć w dobie globalizacji, nawet gdyby Amerykanie wygrali tę wojnę i stworzyli własny blok. Amerykanie nie będą chcieli tego mieć ze względu na to, że będą pamiętali, że poprzedni system otwartości łagodnego hegemona doprowadził do wzrostu konkurenta, czyli było ziarno klęski tego systemu w jego otwartości. Będą się bali do tego dopuścić, bo nie będą po takiej ciężkiej wojnie, gdzie ledwo wygrali, bo nie wygrają łatwo, jeśli w ogóle, to nie będą chcieli dopuścić do stworzenia nowego rywala. A po drugie, jeżeli wygrają, to nie tak przeważająco, jak w II wojnie światowej, w związku z tym nie będą w stanie narzucić systemu tak, jak wcześniej w Bretton Woods narzucili. I to też jest takie memento dla polskich elit, które chciałyby, żeby Amerykanie wygrali i zakładają automatycznie, nie tylko, że Amerykanie wygrają, bo zawsze wygrywają, ale co gorsze, zakładają, że jak Amerykanie wygrają, to system będzie tak samo dobry dla nas, dla Polaków. A oni na przykład mogą wygrać poprzez sojusz z Rosją. Albo poprzez kompletnie pragmatyczne, oportunistyczne ruchy, różnego rodzaju, nerwowe, które mogą rzucać nas pod tzw. autobus. Więc ślepe podążanie za Ameryką, „przyspawanie do Ameryki” jest, jakkolwiek to brzmi po polsku, złą strategią. Musimy uelastycznić naszą strategię. Nie możemy być tacy przyspawani, bo mamy spora szansę, że zapłacimy za to taką albo inną cenę w okresie niepokoju.
TGG: Jak stabilizować Europę? Czy próba stabilizacji, która jest teraz podejmowana, po pierwsze poprzez konsolidację Unii Europejskiej, w tym w przestrzeni polityki zagranicznej i obronności, a po drugie poprzez reset z Rosją – czy to się uda Twoim zdaniem? I czy jesteśmy w ogóle przygotowani na reset z Rosją?
JB: Ci, którzy dostrzegają potrzebę zmian w Europie w nowych okolicznościach geopolitycznych, do których nawiązujesz, rzeczywiście głównie widzą potrzebę tej zmiany w konsolidacji Europy, bo przecież Europa musi być duża, a nie może być mała, no bo tylko duzi mogą dużo, a mali mogą mało. No i jedyna metoda to jest oczywiście biurokratyczna konsolidacja, bo przecież więcej władzy w Brukseli, tym więcej mocy, tak się wydaje biurokratom. Fizykom już niekoniecznie. Drugim ruchem tego odruchu konsolidacyjnego, zwłaszcza wśród tych, którzy tradycyjnie mają podejrzliwość do amerykańskiej polityki, jest próba powrotu do niskich cen energii, czyli dogadywania się z Rosją. To jest taki odruch bezwarunkowy. Moim zdaniem pierwszy będzie trudny do realizacji, drugi będzie łatwiejszy, o czym zaraz powiem, ale trudniejszy niż wydawałoby się to trzy lata temu, cztery, pięć, dwanaście, zaraz też o tym powiem. Zaproponuję też, co Europejczycy powinni zrobić, żeby zupełnie inaczej podejść do tego tematu.
Otóż historycznie od czasów upadku imperium rzymskiego konsolidacja się nie udawała w Europie, dlatego że są narody peryferyjne, które się buntują przeciwko temu systemowi. I teraz też tak będzie. Amerykanie zresztą będą wspierali burzenie się tych państw peryferyjnych, ale będą wspierali to burzenie nie z powodu słuszności moralnej, że Europa nie powinna się konsolidować, tylko będą to robili instrumentalnie po to, żeby Europa właśnie była ostatecznie podporządkowana Amerykanom. Europa podzielona będzie łatwiejsza do podporządkowania. Czyli Amerykanom nie będzie zależało na konsolidacji, tylko bardziej na podporządkowaniu. Dlatego znów nasi zeloci niepodległości nie mogą się podniecać tym, że Amerykanie tak wspierają rozbicie Europy, bo oni to robią na swoją rzecz, a nie na rzecz tych, którzy o niepodległości tyle mówią.
To jest jedna rzecz. Druga rzecz z Rosją. Moim zdaniem obecna wojna Ukrainy z Rosją przy wsparciu państw zachodnich, w tym Polski pokazała, że Rosję można pokonać i wygląda na tę chwilę, że Ukraińcy tej wojny nie przegrają (w ten sposób, że nie utracą państwowości). Zademonstrowali zdolność osłabiania Rosji i jej niszczenia. Wydaje mi się, że Ukraińcy nie zaakceptują pokoju na warunkach Rosji, a zatem Europejczykom będzie bardzo trudno narzucić pokój w tej części świata na zasadach innych niż tak na prawdę podporządkowanie Rosji z jej zasobami energetycznymi. Paradoksalnie armia ukraińska działa na korzyść Polski i jej wielkiej strategii – pomimo tych wszystkich sporów między nami, bo Ukraińcy, którzy są jedyną realną siłą zbrojną w Europie nie zaakceptują niczego takiego, co przywróci podmiotowość i zyskowność Federacji Rosyjskiej. Tutaj jest wielka szansa dla polskiej polityki, bo można by złamać Rosję ostatecznie. Oczywiście jest wielka szansa na reset z Rosją, bo są pewne przyzwyczajenia. I one mogą zmuszać Ukrainę w pewnym momencie do ustępstw. Ale na tą chwilę wydaje mi się, że Ukraińcy nie będą chcieli być zmuszani, gdy nagrywamy tę rozmowę pod koniec czerwca roku 2026. Widzę, jak Ukraińcy planują, jak odcinają teraz Krym, bo na Krymie nie ma ropy, benzyny, stacje benzynowe nie działają, nie można kupić kaszy, nie można kupić więcej niż 3 kg mąki. Bardzo skutecznie powodują izolację Krymu. Uderzają w rafinerie, 25% jest mniej benzyny na stacjach Federacji Rosyjskiej, zaczyna się racjonowanie w 20 regionach. W Moskwie są kolejki do stacji benzynowych już od dłuższego czasu i na wielu nie ma w ogóle paliwa. A Rosja jest głównym producentem ropy na świecie. Ukraińcy będą teraz na poligonie odpalali swoje pociski balistyczne, które opracowali i mówią, że będzie nawet kilkaset pocisków balistycznych za kilka miesięcy, noc w noc mogło w Moskwę uderzyć. Bo taka jest skala przemysłu nowych technologii ukraińskich. I ja osobiście na to liczę. Może tyle o tym mówiłem, bo zawsze każdy strateg ma jakąś nadzieję.
Co do Europy, ja wypowiem się tylko jako strateg, nie jako polityk, bo jak wiemy, strategia jest nad polityką. Przy takim założeniu, wierzę w to, że są jeszcze albo będą politycy w Europie, którzy będą potrafili zmierzyć się z wyzwaniem dziejowym. Najlepiej gdyby to zrobił kanclerz Niemiec. Gdyby ogłosił, że właściwie ta Unia była sobie taka jaka była, a teraz tylko będziemy brali cherry picking, to co nam się podoba. I kto chce dołączyć do systemu makroekonomicznego Niemiec, to zapraszamy. I pozostajemy tylko przez czterech swobodach rynku europejskiego. Kto chce na nim współpracować – zapraszamy. W szczególności zapraszamy państwa Mittel Europy, bo sobie dobrze z niej żyjemy. I zapraszamy też Ukrainę do rozmów o rolnictwie. Powrót do podstawowych czterech swobód rynku unijnego wyzwala więcej sił witalnych, rozwojowych, innowacyjnych. Również bym wówczas ogłosił w drugim zdaniu, że aby delewarować wpływ Amerykanów i Rosjan na kontynent europejski, to nie mamy nic przeciwko, żeby każde z państw miało broń jądrową w Europie. Wydawałaby się to bardzo ryzykowna postawa. No ale zastanówmy się, czy naprawdę ryzykowna? Przecież nie ma istotnych sporów terytorialnych między państwami Unii Europejskiej, prawda? Broń atomowa okazała się nie tak łatwa do użycia przez Rosjan, tak? A jednakowo delewaruje wpływ polityczny Amerykanów i Rosjan, bo oni na tym patencie chcieli zarządzać energetyką europejską. I Europejczycy mają technologię, że dosyć szybko będą mogli dojść do tej broni atomowej. To bardzo, bardzo radykalne podejście, burzące jedność świata transatlantyckiego i denerwujące Amerykanów i Rosjan, ale moim zdaniem by się to mogło udać. Poza tym bym zaprosił Turków do tej gry. Bez nich Europa jest, no powiedziałbym, niepełna strategicznie. Również bym ogłosił, że nie będziemy wydawali 5% na PKB na wojsko. Rosja nie jest na tyle silna. Tylko te 2%, które będziemy teraz wydawać w Europie i to zalecamy, wydajemy całkowicie na przemysł nowych technologii. Na zupełnie nowe rozwiązania, które też wyciągną naszą gospodarkę. I bym otworzył wielkie negocjacje handlowe z Pekinem. Czy zakończone skutecznie, to inna sprawa. Ale wielkie. Takie na skalę Kongresu Wiedeńskiego. Po to, żeby już w toku tych obrad Chińczycy wpłynęli na Rosjan, żeby się uspokoili trochę i dali do zrozumienia, że nie będziemy amerykańskim podnóżkiem w Europie. I wtedy, moim zdaniem, możemy wrócić do świetności Europy. Tymczasem w bardzo szybkim tempie europejski system gospodarczy zmierza w kierunku bycia „rozjechanym” przez Chińczyków i żaden sojusz z Ameryką nie pomoże nam w tym, bo „rozjadą” nas wtedy Amerykanie. Więc strategia powinna polegać na tym, żebyśmy spróbowali sami dźwignąć to wszystko, a nie być półperyferiami, czy peryferiami Ameryki, czy Chin. I tu Chińczycy mają w tym interes, bo nie będą chcieli, żebyśmy byli dominium Stanów Zjednoczonych.
TGG: Rzeczywiście strateg Jacek Bartosiak udowadnia, że myśli niekonwencjonalnie i kreatywnie, czego moim zdaniem brakuje chyba elitom europejskim. Za bardzo są przyzwyczajone do utartych ścieżek, do pewnych schematów działania. Ja też uważam, że bez przywrócenia dynamiki rynkowej, czyli bez cofnięcia integracji do tych czterech swobód rynku wewnętrznego Europa się nie podźwignie. Konsolidacja czyli centralizacja, oznacza ręczne sterowanie przez Brukselę dosłownie każdym segmentem rynku. Bez decentralizacji i deregulacji Europa nie pójdzie do przodu. Z drugiej strony zgadzam się też, że Europa bardzo silnie pogłębiająca zależność od Chin musi rozwiązać ten problem w sposób systemowy. Czyli poprzez, nazwijmy to wielkie negocjacje z Chinami. Tylko, że tutaj problem polega na tym, że Chińczycy wcale chyba nie będą chcieli ustępować…
JB: Czym bardziej odkładamy to w czasie, tym mniej będą chcieli ustępować.
TGG: Broń atomowa, świetny pomysł. Tylko, że znowuż pytanie jest takie, czy Europejczycy się o to nie pokłócą. No bo Francuzi mogą nie chcieć, żeby Niemcy zdobyli broń atomową. Niemcy mogą nie chcieć, żeby Polacy posiadali broń atomową itd. Niezależnie od tego, zgadzam się z Tobą i Albertem Świdzińskim, że Polska powinna rozpocząć program atomowy, a przynajmniej w ten sposób spróbować wymusić na Amerykanach udział w programie nuclear sharing. Bardzo dziękuje za rozmowę.
[1] Pułapka Kindlebergera to teoria w stosunkach międzynarodowych, stworzona przez politologa Josepha Nye’a, odnosząca się do prac ekonomisty Charlesa Kindlebergera. Opisuje ona niebezpieczeństwo geopolityczne wynikające z sytuacji, w której dominujące mocarstwo światowe wycofuje się z roli globalnego lidera, a wschodząca potęga nie potrafi lub nie chce przejąć jego obowiązków, co prowadzi do globalnego chaosu.